Haniai gra w przegrywanieTaleLamp
Za oknem lało jak z cebra, a w kuchni pachniało herbatą z malinami. Przy stole siedzieli Hania i Olek z sąsiedniego piętra. Między nimi leżała plansza z wyścigiem żółwi. Mama Hani pisała coś w drugim pokoju.
Zasady były proste. Rzucasz kostką, przesuwasz żółwia. Kto pierwszy dojdzie do sałaty, wygrywa. Zielony żółw był Hani, a pomarańczowy – Olka.
Olek przyniósł tę grę w plecaku. Żółwie były drewniane i miały wymalowane uśmiechy. Hania od razu wybrała zielonego, bo zielony jest najszybszy. Tak przynajmniej twierdziła.
Olek rzucił szóstkę. Potem piątkę. Potem znowu szóstkę. Pomarańczowy żółw pędził jak zając. Zielony żółw Hani stał prawie na starcie i czekał.
– Jeszcze zdążę – mruknęła Hania.
Nie zdążyła. Pomarańczowy żółw dotarł do sałaty pierwszy.
– Wygrałem! – zawołał Olek.
I wtedy w brzuchu Hani coś zrobiło się gorące i kłujące jak jeż. Hania złapała planszę za brzeg i… trach! Żółwie, kostka i sałata poleciały pod stół.
– Ej! – powiedział Olek. – Tak nie można.
– Można – burknęła Hania. – Bo kostka jest niesprawiedliwa. Ciągle daje ci szóstki.
Pozbierali wszystko spod stołu i zaczęli od nowa. Ale kostka znów lubiła Olka bardziej. Pomarańczowy żółw był już w połowie drogi, a zielony dopiero ruszał.
– Nowa zasada! – oznajmiła Hania. – Kto rzuci szóstkę, cofa się o sześć pól.
– Przecież przed chwilą było inaczej – zdziwił się Olek.
– A teraz jest tak – powiedziała Hania i cofnęła pomarańczowego żółwia palcem.
Olek nic nie powiedział. Ale przestał się uśmiechać. I kiedy Hania po chwili znów była daleko z tyłu, jeż w brzuchu zakłuł jeszcze mocniej.
– Nie gram – powiedziała Hania. – Ta gra jest nudna.
Hania wstała od stołu i poszła do swojego pokoju. Usiadła na łóżku, tyłem do drzwi. Deszcz stukał w parapet. Z kuchni nie dochodził żaden dźwięk. Ani śmiech, ani stukanie kostki. Nic.
Na zasłonie zamigotało światełko. To Świetlik przysiadł na jej brzegu, malutki i zielony.
– Deszczowo dziś – szepnął. – I cicho jakoś. Kto teraz gra w kuchni?
– Nikt – mruknęła Hania. – Olek siedzi sam.
– A wcześniej? Kiedy jeszcze graliście? Było wesoło?
Hania pomyślała. Na początku było wesoło. Żółwie były śmieszne, a Olek robił miny przy każdym rzucie. Wesoło było, dopóki ktoś nie wygrał.
– Gdyby przegrywanie też było wesołe… – powiedziała Hania powoli.
Jeż w brzuchu przestał kłuć. Zamiast niego pojawił się pomysł. Mały, ale bardzo dobry. Świetlik zamigotał, jakby przytakiwał.
Hania zeskoczyła z łóżka i pobiegła z powrotem do kuchni.
Olek wciąż siedział przy stole i kręcił kostką po blacie.
– Przepraszam – powiedziała Hania. – Że zrzuciłam planszę. I że zmieniałam zasady.
Olek podniósł głowę.
– Zagramy jeszcze raz? – zapytała Hania. – Normalnie, według wspólnych zasad. Tylko z jedną nową: kto przegra, robi najśmieszniejszą minę i woła „Jeszcze razik!”
– Najśmieszniejszą minę? – powtórzył Olek.
Zasady były takie jak zawsze: rzucali kostką, przesuwali żółwie, a ten, kto pierwszy dotarł do sałaty, wygrywał. Dodali tylko jedną: przegrany robi minę i woła „Jeszcze razik!”
– Gramy – powiedział Olek i znów się uśmiechnął.
Pierwszy wyścig przegrał Olek. Zrobił minę jak ryba: oczy wybałuszone, usta w dziubek.
– Jeszcze razik! – zawołał.
Hania roześmiała się tak, że aż musiała złapać się stołu.
Drugi wyścig przegrał zielony żółw. Jeż w brzuchu Hani drgnął… i zaraz się schował. Bo teraz była kolej na minę.
Hania nadęła policzki jak żaba i zezowała na czubek nosa.
– Jeszcze razik! – zawołała Hania.
Olek prawie spadł z krzesła ze śmiechu.
Trzeci wyścig znowu przegrał Olek. Zrobił sowę: okrągłe oczy i „uhu, uhu”. Czwarty przegrał zielony żółw, a Hania pokazała słonia, z ręką zamiast trąby.
– Jeszcze razik! – wołali na zmianę, coraz głośniej.
Grali długo. Przegrywali na zmianę: raz Olek, raz Hania. Miny były coraz śmieszniejsze: kot, babcia bez okularów, śpiący pies. Wygrane liczyli na palcach, a potem im się pomyliło i liczyli od nowa.
– Wiesz co? – powiedział Olek, kiedy przyszła po niego jego mama. – Nawet nie wiem, kto dzisiaj wygrał.
– Ja też nie – przyznała Hania. – Ale jutro gramy jeszcze razik.
– Do jutra! – zawołał Olek jeszcze z klatki schodowej.
– Do jutra! – odkrzyknęła Hania.
Wieczorem, już w piżamie, Hania leżała pod kołdrą i słuchała deszczu. Kołdra pachniała świeżym praniem, a za ścianą mama po cichu gasiła światła. Jeż w brzuchu spał. Zamiast niego było coś miękkiego i ciepłego jak kubek herbaty z malinami.
Świetlik zamigotał na zasłonie, cichutko, na dobranoc.
– Dobranoc – szepnęła Hania. – Jutro… jeszcze razik.
I zasnęła z uśmiechem. Deszcz za oknem stukał coraz ciszej, coraz ciszej, aż w końcu zasnął i on.

Dobranoc, Haniu.
Tekst: zespół TaleLamp · Ilustracje: powstały z pomocą narzędzi AI pod kierunkiem artystycznym zespołu · 29.09.2026
Zrób książeczkę z tą bajką w środku
Ta historia i jedenaście innych, z okładkami z imieniem Twojego dziecka i stroną na dedykację. 89 zł, PDF i czytnik online.
Ułóż książeczkę 12 bajek





