Zosia i stary dąb: bajka na Dzień Drzewa

4–6 lat7 min

✦ Niech bohaterem będzie Twoje dziecko

Imienia nie zapisujemy — służy tylko do pokazania bajki.

Na skraju lasu, tuż za ogrodowym płotkiem, rośnie stary dąb. Jest taki gruby, że Zosia nie może objąć go rękami, choć próbowała wiele razy. Kora jest szorstka jak skórka chleba, a nisko, na wysokości nosa, jest dziupla. W dziupli mieszka Świetlik. Jesienią jest senny i świeci tylko wtedy, kiedy coś go bardzo zdziwi.

Zosia lubi tu przychodzić. Jesienią spod dębu można przynieść pełne kieszenie żołędzi i garść rudych liści. Dziś jest dziesiąty października, Dzień Drzewa. Zosia dowiedziała się o tym rano i od razu postanowiła: dąb dostanie prezent. Każdy lubi dostawać prezenty w swoje święto.

Babcia siedziała na ławce pod dębem, w wełnianej chuście, i łuskała orzechy. – Prezent dla drzewa? – zapytała. – Ciekawe, co to będzie.

Najpierw laurka. Zielone liście, brązowy pień i wielkie słońce w rogu kartki. Zosia rysowała długo, z wysuniętym językiem, jak zawsze, kiedy coś jest naprawdę ważne. Potem oparła laurkę o pień, zadarła głowę i zawołała najgłośniej, jak umiała.

– Dębie, dębie, to dla ciebie!

Liście zaszumiały. Jeden, złoty, oderwał się od gałęzi, zakręcił w powietrzu i spadł prosto na laurkę. Dokładnie na słońce w rogu.

– Podpisał się! – zawołała Zosia. – Dąb podpisał moją laurkę!

Z dziupli wychyliło się zielone światełko i zamrugało z wrażenia.

Zosia policzyła na palcach: laurka. Jeden prezent. Ale w swoje święto można dostać więcej niż jeden. Więc teraz piosenka.

Zosia stanęła pod dębem i zaśpiewała. O kasztanach, o mgle nad łąką i o jeżu, który szuka ciepłego kąta. Głośno, potem cicho, potem jeszcze raz głośno. A na koniec dodała wierszyk, ten sam co przedtem.

– Dębie, dębie, to dla ciebie!

Wiatr dmuchnął. Gruba gałąź nad głową zaskrzypiała: skrzyp, skrzyp, skrzyp. Trzy razy, powoli, jak ktoś, kto mówi „dzię-ku-ję”.

– On skrzypi po dębowemu! – szepnęła Zosia. – Laurka, piosenka. Dwa prezenty.

A dąb ma taki gruby pień i tyle gałęzi. Po piosence na pewno zaschło mu w gardle. Zielona konewka stała przy płotku. Zosia przyniosła ją oburącz, ciężką, z wodą chlupiącą pod nosem. Woda chlusnęła na korzenie.

– Dębie, dębie, to dla ciebie!

Ciemna plama rozlała się po ziemi i zaczęła znikać. A spod ziemi dobiegło: glu, glu, glu. Jakby ktoś pił przez słomkę, aż do samego dna.

– Pije! – zawołała Zosia. – Słychać, jak pije korzeniami!

– Pije, pije – powiedziała babcia. – Ten dąb był tu, kiedy ja byłam mała. I pamięta każdą jesień.

Wtedy coś stuknęło. Puk! Prosto w czubek głowy, aż podskoczyła czapka. Zosia rozejrzała się po trawie. Żołądź. Zaraz potem drugi: puk! Tym razem w ramię.

– Ej! – zawołała Zosia i potarła głowę. – Ja nie jestem wiewiórką!

– On tak zawsze, kiedy się cieszy – wyjaśnił Świetlik z dziupli. – W zeszłym roku dostałem trzy w jedno popołudnie.

Zosia usiadła na wielkim korzeniu. Laurka, piosenka, woda. Trzy prezenty. Czy to dużo dla kogoś, kto ma sto lat? Ręce zmarzły, więc Zosia wsunęła je do kieszeni. A w kieszeni coś było. Gładkie, chłodne, w czapeczce jak z bajki. Żołądź z rana, zapomniana zdobycz.

Zosia wyjęła go i obejrzała pod światło. Mały jak paznokieć. A dąb nad głową był wielki jak dom.

– Co tam jest w środku? – zapytał Świetlik i zamrugał.

– Dąb – odpowiedziała Zosia powoli. – Malutki, zwinięty. Śpi i czeka na wiosnę. Każdy dąb był kiedyś żołędziem. Nawet ty, dębie!

I wtedy Zosia zrozumiała. Dąb stoi tu sam. Jeden na całym skraju lasu, od stu lat. Laurka zsunie się, piosenka ucichnie, woda wsiąknie. A mały dąb obok zostanie na zawsze.

– Wiem, co ci dam! – zawołała Zosia i zeskoczyła z korzenia. – Kolegę!

Zosia wykopała palcami dołek, niewielki, na dwa palce głęboki. Ziemia była chłodna i pachniała grzybami. Włożyła żołądź do środka, przysypała go i przyklepała delikatnie, tak jak się poklepuje kołdrę. Konewka nie była jeszcze pusta, więc dołek dostał trochę wody.

– Dębie, dębie, to dla ciebie!

Liście nad głową zaszumiały głośniej niż przez cały dzień. Z gałęzi zsunęły się dwa rude liście i opadły dokładnie na dołek, jeden obok drugiego. Jak kołderka.

– Sam go przykrył – szepnęła Zosia. – Widziałeś?

Świetlik zaświecił tak jasno, że w dziupli zrobiło się zielono, i zaraz zasnął.

Babcia podeszła i przykucnęła obok dołka. – Kiedy urośnie, będzie wyższy od naszego domu – powiedziała. – Tylko trzeba do niego czasem przyjść i pogadać. Drzewa to lubią.

Słońce schodziło za las. Robiło się chłodno, pachniało mokrą ziemią i dymem z czyjegoś komina. Zosia pomachała dębowi na do widzenia. Gałąź skrzypnęła raz, cichutko. Jakby odmachała.

W domu pachniało herbatą z malinami. Zosia umyła ręce, a spod paznokci długo nie chciała zejść ciemna ziemia.

– To dobra ziemia – powiedziała Zosia do lusterka. – Dębowa.

Wieczorem, pod kołdrą, Zosia liczyła na palcach prezenty. Laurka z podpisem. Piosenka ze skrzypieniem. Woda z glu, glu, glu. I mały dąb pod dwoma liśćmi.

Cztery. A jutro rano trzeba iść sprawdzić, czy śpi.

Zosia ziewnęła i zaczęła liczyć od nowa, coraz ciszej. Laurka. Piosenka. Woda. A przy małym dębie, pod rudą kołderką, Zosia już spała.

Stwórz taką bajkę o swoim dziecku

Twoje dziecko jest bohaterem: imię, mama i tata, zwierzak, ulubione zabawki. Pierwsza bajka za darmo.

Stwórz bajkę →

Więcej bajek